Kyle Crane wraca. Pierwsze wrażenia z Dying Light: The Beast
Zagrałem w pierwszą godzinę Dying Light: The Beast na poziomie przetrwanie. Powrót Kyle'a Crane'a, himery, system GSB i tryb bestii. Co działa, a co mnie irytuje?
Dying Light: The Beast to gra, na którą czekałem od zapowiedzi. Kyle Crane, bohater pierwszej części, wraca po latach i nie jest to marketingowy chwyt na siłę. Techland naprawdę spina tę historię z tym, co znamy z Harranu i z The Following. Zagrałem pierwszą godzinę na poziomie przetrwanie i mam już kilka przemyśleń.
Fabuła startuje mocno (lekkie spoilery z intro)
Gra otwiera się streszczeniem losów Crane'a z jedynki, a potem rzuca nas w sam środek koszmaru. Trzynaście lat eksperymentów w laboratorium Barona zrobiło z Kyle'a pół człowieka, pół bestię. Uciekamy z placówki badawczej z pomocą tajemniczej Olivii i lądujemy w Castor Woods, miasteczku w Alpach Zachodnich. Cel jest prosty: zemsta na Baronie, który kontroluje całą dolinę.
Ten początek zrobili naprawdę fajnie. Podoba mi się, jak połączyli przygody z poprzednich części w jedną całość, łącznie z wątkiem Matki z The Following. Nawet muzyka w tle nawiązuje moim zdaniem do pierwszego Dying Light i to buduje klimat od pierwszych minut.
Himery i GSB, czyli nowa pętla rozgrywki
Nowością są himery, potwory stworzone w laboratorium Barona. Z każdej zabitej himery pozyskujemy GSB, biokatalizator, który wzmacnia Crane'a: jedna doda siły, inna szybkości, jeszcze inna wytrzymałości. Do tego dochodzi tryb bestii, który ładuje się w walce i pozwala na chwilę roznieść wszystko dookoła. Pierwsza walka z kosiarzem pokazała, że to nie jest zwykły boss fight, tylko fundament całej progresji.
Mechanicznie: dużo z dwójki, kilka zmian
Kto grał w Dying Light 2, poczuje się jak w domu. Mapa podzielona na strefy, trzy drzewka umiejętności, wytwarzanie i ulepszanie przedmiotów. Jest jednak różnica: broń ulepszamy przez instrukcje, które trzeba znaleźć, a nie po prostu za kasę. Wziąłem na start aktywne lądowanie, bo obrażenia od upadku w tej grze istnieją i potrafią zaboleć.
Z rzeczy, które mi się podobają: oświetlenie wygląda świetnie, zwłaszcza w ciemnych wnętrzach laboratorium z latarką UV w ręce. Z rzeczy, które kupuję mniej: jazda samochodem. Nawigacja samochodowa niech sobie będzie, ale ten element podoba mi się najmniej z całego pakietu.
Czy warto? Na razie tak
Po pierwszej godzinie The Beast wygląda jak Dying Light, który wraca na dobre tory: mroczniej niż dwójka, z bohaterem, na którym graczom zależy, i z pomysłem na progresję. Przede mną polowanie na kolejne himery i szukanie sojuszników w dolinie. Pełną opinię będę budował z odcinka na odcinek, a ten pierwszy możecie obejrzeć powyżej.
Gram dalej. Jak macie swoje wrażenia z The Beast, dajcie znać w komentarzach pod filmem.